W czasach Polski Ludowej bezrobocie formalnie nie istniało, wszyscy mieli posadę i forsę, żeby się utrzymać. Istniały rzecz jasna odstępstwa od reguły, ale to teraz nieistotne. Ważne jest, że nawet jeśli wszyscy mieli jakieś pieniądze, to nie bardzo było je na co wydawać. Witryny sklepowe były puste. Istniały jedynie dwie ewentualności wejścia w posiadanie jakichś bombowych produktów: Pewex (dla tych, którzy wtedy posiadali amerykańskie waluty lub niemieckie pieniądze) i paczki zagraniczne. Ktokolwiek, kto miał rodzinę albo znajomych gdzieś w Europie Zachodniej lub Stanach Zjednoczonych mógł co jakiś czas spodziewać się jakiegoś prezentu zza żelaznej kurtyny. Nie były to w rzeczy samej jakieś wielce wartościowe towary, ale ich stylistyka była diametralnie inna od tej, którą pokazywały analogiczne wytwory socjalistyczne. Rzecz jasna ktokolwiek, kto czasem otrzymywał paczki zagraniczne stawał się obiektem podziwu i zazdrości. Ja sam doświadczyłem tego raz, ale niestety w jakikolwiek sposób nie podbudowało to mojego ego. Gdy miałem trochę ponad rok, cioteczna babka zamieszkała na Florydzie przysłała mi (w przesyłce dla całej rodziny) nadmuchiwaną flądrę-zabawkę. Jestem przekonany, że wszystkim dzieciakom w sąsiedztwie bardzo się podobała, a te starsze prawdopodobnie mi zazdrościły. Co jednak chciałem zauważyć, tuż po tym, jak żelazna kurtyna zniknęła, skończyły się również paczki zagraniczne z prezentami. Mimo, że problemy z dostarczaniem przesyłek do naszego kraju zniknęły, nasze rodziny i znajomi z Zachodu jakoś przestali nas obdarowywać. I gdy myślę nad tym, jaki jest tego powód, moja złośliwa strona szepcze mi do ucha, iż po otwarciu naszych granic na zachodnie towary, zawartość zagranicznych przesyłek już nie imponowałaby tak bardzo odbiorcom, więc wysyłanie ich nie miałoby już większego sensu.